Fragmenty wspomnień pierwszych nauczycieli
     Tworzenie kozielskiego liceum, pierwszej polskiej szkoły średniej w powiecie kozielskim, znalazło odzwierciedlenie w nielicznych zachowanych dokumentach. Przekazują one suche fakty związane z tym wydarzeniem - ważnym dla nas wszystkich, którzy z liceum w Koźlu byliśmy związani nauką lub pracą. Dokumenty nie oddają jednak niepowtarzalnej atmosfery tamtych wiosennych dni 1945 roku. Nie pokazują też wielkiego oddania sprawom szkoły jej organizatorów, pierwszych nauczycieli i w znacznej większości pierwszych uczniów. Atmosferę tę mogą nam przybliżyć wspomnienia uczestników tamtych wydarzeń. Są one wyrazem autentycznego związku uczuciowego Autorów ze szkołą, z Ich szkołą - bo taka była ona dla Nich, bez względu na to czy pełnili w niej funkcje kierownicze, uczyli młodzież lub byli uczniami.
     Zamieszczone poniżej wspomnienia stanowią jedynie małe urywki nadesłanych mi przed laty tekstów. Publikację większych fragmentów uniemożliwiła ograniczona objętość naszego wydawnictwa. Za dokonane skróty przepraszam więc Autorów, dziękując Im zarazem za życzliwe potraktowanie mojej prośby i napisanie wspomnień.

Ryszard Pacułt

Ksiądz Kazimierz Orkusz - nauczyciel religii, języka łacińskiego i geografii. Zastępca dyrektora Wojciecha Czerwińskiego w okresie organizacji szkoły. W kozielskim liceum zatrudniony od 15 czerwca 1945 roku do 30 października 1949 roku. Wspomnienia napisane zostały w 1985 roku.

     "... 7 maja 1945 roku wyjechałem transportem kolejowym z całą moją parafią spod Lwowa ... do Kędzierzyna dotarliśmy dopiero 20 maja ... Po tygodniu przetoczono nasz pociąg do Koźla. Na stacji kozielskiej też mieszkaliśmy w naszych węglarkach cały tydzień. Prowadziliśmy tu koczownicze życie. Posiłki gotowano w kotłach zawieszonych nad ogniskami, których długi szereg rozpalono wzdłuż peronu ... Pewnego dnia ... zobaczyłem znajomego człowieka, który siedział na przydworcowym parkanie i nam się przyglądał. Był to pan Michał Hajdun, zawodowy woźny szkolny, który przed wojną pełnił funkcję woźnego w VIII gimnazjum we Lwowie, a podczas niemieckiej okupacji pracował w młynie w mojej parafii. Podszedłem do niego i pytam co tu robi ? On odpowiada, że wcześniej przyjechał i już pracuje w swoim zawodzie, bo jest woźnym w kozielskim gimnazjum. Pytam więc, czy w tym gimnazjum księdza nie trzeba ? Pan Hajdun odpowiada z całą powagą : " Rozpatrzymy to z dyrektorem." Jakoż rozpatrzyli i dnia następnego przyniósł mi pan Hajdun odpowiedź, że jeżeli chcę to mogę zgłosić się u dyrektora ... Dyrektor, dr Wojciech Czerwiński, gdy mnie zobaczył ubrudzonego, osmolonego, od dwóch tygodni nie golonego, w jakimś brudnym, podartym prochowcu, zmierzył mnie " od stóp do głów ". W oczach jego wyczytałem wielką wątpliwość, czy ma przed sobą rzeczywistego księdza. Dla upewnienia się o tym zaczął nawet ze mną jakiś dyskurs na temat teologiczny. Gdy upewnił się, że jestem prawdziwym księdzem zaczął mówić o swoich kłopotach. Opowiadał więc, że wytworzyła się dla niego bardzo nieprzyjemna sytuacja. Kuratorium bowiem nagliło by rozpoczynał naukę, a tym czasem on nie miał z kim zaczynać. Nie było jeszcze młodzieży. Niemcy przed zbliżaniem się frontu ewakuowali ludność i w tym czasie Ślązacy jeszcze nie zdążyli wrócić do swoich domów. Repatrianci też jeszcze nie napłynęli. Większość domów w mieście i okolicy świeciła jeszcze pustkami.
     Gdy dyrektor skończył swoje utyskiwania, poprosiłem go o kawałek papieru i coś do pisania. Dał mi to o co prosiłem, ale znów spojrzał na mnie jak na dziwaka. A ja z tym papierem obszedłem wszystkie wagony naszego pociągu i spisałem młodzież, która nadawałaby się do gimnazjum. Następnego dnia kazałem tej młodzieży zabrać stołeczki do siadania i poprowadziłem do gimnazjum. W szkole tej nie było jeszcze ławek. Niemcy urządzili w niej szpital wojskowy, a sprzęty szkolne zostały zniszczone lub wywiezione do okolicznych wiosek. Gdy dyrektor ujrzał ten repatriancki zastęp liczący kilkunastu chłopaków ucieszył się bardzo. Dołączył ich do zapisanej już garstki Ślązaków i z tej grupy liczącej około 50-ciu uczniów utworzył dwa oddziały. Ponieważ w tym czasie oczyszczonych już było kilka sal, w połowie czerwca rozpoczęliśmy z tymi grupkami kurs repolonizacyjny. Uczyliśmy w trójkę bo oprócz dyrektora i mnie był jeszcze pan Tadeusz Ślósarz, który do Koźla przybył razem z dyrektorem ...
     O należyte funkcjonowanie szkoły troszczył się dr Wojciech Czerwiński. Dbał o wszystko, kierował wszystkim, pomagał, doradzał, zachęcał, wspierał finansowo w granicach ówczesnych możliwości. Był duszą i sercem szkoły. Sercem, bo pracował nie dla kariery czy sławy, lecz dla młodzieży. Był duszą, bo ożywiał wszelkie poczynania swoją niestrudzoną inicjatywą. On kochał młodzież i w tym była jego wielkość ... "


Tadeusz Ślósarz - współorganizator szkoły, nauczyciel matematyki. W kozielskim liceum zatrudniony od 28 maja 1945 roku do 31 sierpnia 1947 roku. Wspomnienia zostały spisane w 1985 roku.

     "... Nie wiem w jaki sposób dyrektor Czerwiński ogłosił wpisy do szkoły - w każdym razie pod koniec maja było już uczniów miejscowych na dwa oddziały, gdzieś po dwudziestu. W międzyczasie trzeba było pojechać do Katowic, zameldować jak sprawy stoją i zdecydować o rozpoczęciu nauki z tą młodzieżą, trzeba też było uzyskać kredyty na pierwsze potrzeby i załatwić moje powołanie do służby. Niedługo potem zjawił się ksiądz Kazimierz Orkusz, późniejszy serdeczny przyjaciel Czerwińskich ...
     ... Pierwsze lekcje szkolne miały za zadanie " rozgadać " młodzież miejscową w języku polskim i oswoić z nowymi ludźmi, którzy przyszli gdzieś z Polski. Na lekcji pisało się zwrotkę piosenki na tablicy - np. " Szła dzieweczka..", tłumaczyło dość dokładnie na język niemiecki i prześpiewało się ją samemu, a potem z klasą coraz lepiej. Na zmianę robił to dyrektor, czy ksiądz Orkusz. Potem u mnie proste działania z matematyki w języku niemieckim i polskim. Zapewne dobre było nastawienie rodziców tej młodzieży w domu ( starzy jeszcze mówili po polsku ) skoro młodzież ta rychło dość dobrze opanowywała język polski. Walnie pomogło zmieszanie się z młodzieżą, która przybyła ze Wschodu. Zżycie się młodzieży następowało jako naturalna potrzeba spokoju i przyjaźni po latach udręki ...
     ... Już pod koniec czerwca zaczęła napływać do szkoły fala młodzieży z ziem wschodnich - jakaż to była różnorodność zaświadczeń o ukończeniu takiego czy innego " kłasa ", od dwujęzycznych świadectw, po zaświadczenia na świstku papieru lub w ogóle ich braku. Dyrektor, po przeprowadzeniu krótkiej rozmowy, przydzielał uczniów do odpowiedniej klasy. Młodzież ta była gorzej przygotowana z matematyki niż miejscowa, choć jak lata pokazały nie z braku zdolności ...
     ... Do dziś pamiętam wspaniały nastrój otwarcia pierwszego roku szkolnego w auli szkoły. Dyrektor Czerwiński miał przygotowane przemówienie, którego zresztą nie czytał. Były łzy - nie trzeba się tego wstydzić. Lekcje szkolne rozpoczynały się zbiórką, krótką modlitwą na korytarzu. Potem ewentualnie komunikaty dyrektora i rozejście się do klas. W niedzielę zbiórka przed budynkiem szkolnym i wymarsz do fary. Nie trwało to długo ...
     ... Sam dyrektor Czerwiński mało był widoczny na korytarzu szkolnym, czy w sali nauczycielskiej - siedział w kancelarii, jeśli nie na swoich lekcjach. Lekcji hospitował mało, choć u każdego nauczyciela po zaangażowaniu go rychło był na lekcji. Natomiast całymi wieczorami i w noc przeglądał dokładnie wypracowania pisemne szkolne z języków i matematyki i w ten sposób miał dokładne rozeznanie w poziomie i wynikach nauczania ..."


Helena Raksimowicz - nauczycielka języka polskiego. W kozielskim liceum uczyła od 1 grudnia 1945 roku do 31 sierpnia 1947 roku. Wspomnienia spisane zostały w kwietniu 1985 roku.

     " ... Pamiętamy wszyscy piękną postać doktora Wojciecha Czerwińskiego, dyrektora naszej szkoły, erudyty o głębokiej, wszechstronnej wiedzy, wspaniałego człowieka o wielkim sercu, szlachetnym charakterze, pioniera szkolnictwa średniego w Koźlu. Pedagog z powołania, po ojcowsku traktował uczniów sobie powierzonych, serdecznie odnosił się do pracowników szkoły. Może dzięki temu panował tu ład i porządek przy ciepłej, przyjacielskiej atmosferze. Doktor Wojciech Czerwiński był żarliwym patriotą, człowiekiem nieprzeciętnym, szanowaliśmy go więc ogromnie z całym oddaniem.
    Prawą ręką dyrektora przy organizowaniu szkoły był ksiądz Kazimierz Orkusz, który wykładał nie tylko historię Kościoła, dogmatykę i etykę, ale w razie konieczności uczył innych przedmiotów ( historia, łacina ) ...
     Przyjacielem rodziny (Czerwińskich - R.P.) był matematyk, Tadeusz Ślósarz, przemiły, niezwykle skromny o ujmującym uśmiechu pan ( chyba po trzydziestce ). Niedbałość stroju przydawała mu swoistego uroku. Był ulubieńcem młodzieży, która widziała w nim swego sojusznikai drucha. Miał również wielu przyjaciół wśród nauczycieli ...
     Ulubienicą pana Dyrektora, w najczystszym tego słowa znaczeniu, była skromna, niewielkiego wzrostu, szczuplutka, czarnowłosa pani Maria Aftarczuk, niezwykle pracowita, oddana szkole nauczycielka fizyki czy chemii. Była samotna, opiekowała się z całym poświęceniem chorą nieuleczalnie staruszką - matką. O jej smutku, miłości i trosce, godnej najwyższego współczucia wiedzieliśmy wszyscy ...
     Lubiłam pana Józefa Balwirczaka, polonistę klas starszych, równocześnie opiekuna Samorządu Uczniowskiego, pod którego patronatem wychodziła gazetka szkolna. Niewysoki, szczupły szatyn lat około 50-ciu, sympatyczny, dowcipny, miał ciemne, bystre oczy i inteligentną twarz. Prywatnie parał się również malarstwem. Był to jego ulubiony temat w naszych "pozaszkolnych" rozmowach. Mówił o barwach ciepłych i zimnych, o ich łączeniu i pochodnych, o stosowaniu kolorów w stroju w zależności od karnacji, typu urody, pory dnia, rodzaju uroczystości itp ... Zawdzięczam mu wiele cennych rad i wskazówek, związanych z moim przedmiotem i problemami wychowawczymi. Jeszcze dzisiaj pomagając wnuczętom w grmatyce posługuję się tabelami i wykresami, niezwykle przejrzystymi, których nauczyłam się od mego, starszego Kolegi ..."

Karol Jonca - absolwent kozielskiego liceum z 1950 roku. Profesor Uniwersytetu Wrocławskiego. Historyk doktryn politycznych i prawnych. Wspomnienia spisane zostały w 1991 roku.

    "Środa, 4 lipca 1945 roku. W ówczesnym moim odczuciu dzień był dramatyczny - zgoła fatalny. Od jutra uczęszczać mam do gimnazjum. Tak postanowił mój Ojciec po powrocie z Koźla. Po zebraniu u starosty F. Ciupki wstąpił do gmachu gimnazjum, rozmawiał z doktorem Wojciechem Czerwińskim i jakimś księdzem ( Kazimierzem Orkuszem ) i po prostu z nimi uzgodnił, że jutro rano zgłoszę się u nich na rozmowę.
     ... Na potwierdzenie wagi swych słów Ojciec położył na stole " Stałą przepustkę " z datą 4. lipca 1945 roku wystawioną przez " Urząd gminny Kłodnica " potwierdzoną przez Alojzego Śpiewaka z Posterunku Milicji Obywatelskiej w Kłodnicy - upoważniającą mnie do uczęszczania przez nowy, drewniany most na Odrze łączący Koźle - Port z Rybarzami - Rogami ...
"""" W czwartek 5 lipca zupełnie załamany ruszam w kierunku drewnianego mostu, na cyplu przy basenach portowych w Koźlu - Porcie. "Umajona" brama wjazdowa, na niej potężny portret dobrotliwie uśmiechniętego Stalina, flagi, transparenty, " Sława gierojam ", hasła na cześć wielkiego wodza, trzech radzieckich strażników z pepeszami, dwóch milicjantów z opaskami - ja jedyny " cywil ". Wiedzieli od wczoraj, że się zgłoszę. Mam przejść szybko i nie oglądać się. Wrażenie wywiera na mnie długość mostu - ma chyba 1,5 km., a może i więcej metrów. Choć z rampy na przystani byłem w kwietniu świadkiem jego budowy przez oddziały saperów, to jednak nie przypuszczałem, że ma aż taką długość ... Niemiłosiernie ciągnie się ten most drewniany, potem skręcam w lewo pod wiadukt kolejowy, obok "umajonych" domów dziesiątki sałdatów, tyluż w młynie, ślady walk z marca i nareszcie - gmach gimnazjum. Przez całą drogę powtarzałem słowa taty : Doktor Czerwiński ...
     Spotkałem Go na parterze. " Wiem już, wczoraj był twój Ojciec ". Podał mi rękę. " Jesteś pierwszym uczniem z prawobrzeżnej strony Odry" nie zapomnę, brzmiały dla mnie obco. Z oczu "Doktora" spoglądał na mnie dobroć, zatroskanie, ciepło. Ani cienia oschłości lub surowości, która mnie uderzała do końca 1944 roku u niemieckich nauczycieli. "Doktor" zapytał, gdzie pracowałem. Dostrzegł bliznę i moje szorstkie dłonie. " Na elektrostancji " odpowiedziałem i wyciągnąłem z kieszeni moją "Sprawkę 31". " W elektrowni " poprawił "Doktor". Zresztą - wyglądałem jak przysłowiowy "strach na wróble", drelichowe spodnie, zbyt obszerna kraciasta koszula, o marynarce i butach wolę nie wspominać. Gdy zapytał, jak przeżyłem wojnę, zwiesiłem głowę i milczałem uparcie. Wydawało mi się jednak, że mnie doskonale rozumie. Brak mi nie tylko słów, ale .. o czym właściwie miałbym mówić ? ... "Doktór" nie miał mi za złe milczenia. Powiedział, żebym poszedł do klasy na 1 piętrze. Tam zbierają się uczniowie. Zapewniał, że za kilka chwil do nas przyjdzie. Usiadłem przy środkowym oknie z widokiem na planty. Było nas niewielu - dzieci repatriantów zza Buga, Gizela Kopiec z Koźla i ja jedyny " z prawobrzeżnej strony Odry ". Dr Czerwiński lekcję języka polskiego rozpoczął od modlitwy, potem przedstawił mnie " nowego ", jako "syna burmistrza z Kłodnicy" ( co było oczywistą przesadą). Stanął przy mnie i łagodnym głosem zapytał, skąd znam pacierz. Znałem od dzieciństwa "Ojcze Nasz" (choć nie bardzo kojarzyłem słowo "pacież"). Na dowód wyciągnąłem z mojej przepastnej torby ciemnozielony egzemplarz "Historii Biblijnej dla katolickich Szkół Ludowych" dra Schustera, wydany we Fryburgu. Był pierwszą lekturą mojego dzieciństwa... W oczach "Doktora" widziałem rosnące zainteresowanie, znacznie większe niż u "bradiagów" zza Buga, którzy - pamiętam to żywo - skupiali uwagę na scyzoryku w tylnej kieszeni moich spodni i nie ustawali w wysiłkach, by mi go stamtąd wyłowić. "Może opowiesz nam coś o Koźlu, jego historii, nazwie miasta" zachęcał "Doktór". Mocno nieporadnie rozpocząłem wątek o rycerzu "Koziele", zacinałem się, dobierałem słowa, a tu z tyłu nie ustawało natarcie na mój scyzoryk. " Wiecie ten rycerz miał wojoków i oni go wciepli do marasu" - tu klasa już nie wytrzymała, wybuchnęła gromkim, niepohamowanym śmiechem, ba wprost ryczała, kolega obok mnie wypadł nawet z ławki na podłogę, tak rozbawiłem ich moim słownictwem. "Doktór" wcale się nie śmiał. Widział moją nieporadność, zakłopotanie, krople potu na czole. Czułem, że jest przecież po mojej stronie. Uspakajał, mówił o wojach Krzywousteko, o tym, że przecież takim językiem pisał Rej ... " Doktór ", pamiętam to dobrze, tłumaczył słowo "woje", "maras" to błoto, w tym wypadku chodziło mi zapewne o fosę. Tłumaczył spokojnie - łagodnym głosem. Potem na tej pierwszej "mojej" lekcji, czytał nam "Janka muzykanta". Był przy tym wzruszony, zdawało mi się, ba przekonany byłem, że ma łzy w oczach. Spoglądał po nas. Dlaczego wybrał właśnie tą lekturę ? Z podobnym wzruszeniem czytał " W piwnicznej izbie ". Lekcje języka polskiego wypełniły całe przedpołudnie. "Doktór" podszedł pod koniec do mnie i zachęcał, bym znowu przyszedł jutro i bym przyprowadził kolegów. Wyczuł moje wewnętrzne rozterki. Kogo miałbym sprowadzić ? Kłodnica, Koźle - Port, Żabieniec były niemal wyludnione. Dopiero ludzie wracają ... W domu oczekiwała mnie zatroskana Mama. Tak długo mnie nie było. Znowu kartoflanka. Opowiedziałem o oczach "Doktora". W jego spojrzeniu widziałem blask nadziei, która pomoże mi przezwyciężyć ten czas upodlenia, poniżania godności. " A jak tam u Doktora Czerwińskiego " - zapytał wieczorem Ojciec. O moim dramacie z rycerzem " Koziołem " wolałem opowiedzieć mojemu ojcu później, w każdym razie nie dzisiaj.
     Moje rozterki i wahania, czy jutro pójść do " Doktora " przecięła Mama. Przykrawała części angielskiego umundurowania, które przyniosłem z byłego angielskiego obozu jenieckiego i na starym " Singerze" uszyła mi całkiem zgrabną marynarkę. Coż miałem robić ? Z kilku rozbitych aparatów radiowych walających się po podwórkach "zbastlowałem" radio. Na fali wrocławskiej panowała śmiertelna cisza. Zresztą kulawy Franek, który dopiero co wrócił " z ewakuacji " zapewniał, że miasto już nie istnieje. Ale o 600 poprzez szumy, świsty i zgrzyty w moim radio słyszałem sygnał Morawskiej Ostrawy i początek audycji " dla naszych horniko " (górników). Czas, by pójść do "Doktora ".

Mieczysław Czyż - uczeń kozielskiego gimnazjum i liceum w latach 1945 - 1948. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Malarz. Zmarł w 1988 roku. Wspomnienia zostały spisane w styczniu i lutym 1984 roku.

     "... W Koźlu n/Odrą znaleźliśmy się w czerwcu 1945 roku. ...Miasteczko nie było zbyt zniszczone, tonęło w zieleni i sprawiało na nas dobre wrażenie. Wraz z moim bratem przyjechaliśmy tu w harcerskich mundurkach - innych ubrań zresztą nie mieliśmy. Zamieszkaliśmy w trzypokojowym mieszkaniu przy ulicy Piastowskiej. Mama wpisała nas do organizującego się właśnie Państwowego Gimnazjum i Liceum Koedukacyjnego. Od września 1945 roku rozpoczęliśmy tam naukę.
     Na przełomie lipca i sierpnia zobaczyłem rozlepione na murach, odręcznie napisane, ogłoszenia o organizującym się w mieście Związku Harcerstwa Polskiego ... Udaliśmy się z bratem pod wskazany adres, gdzie bardzo serdecznie przyjął nas druh Marian Szabunio, oraz bracia Jerzy i Janusz Zabiegowie. Byli nieco zdziwieni, że z bratem byliśmy już harcerzami ( później zresztą "gotowych" już druhów przybywało do miasta wraz z osadnikami coraz więcej ). Kilka nazwisk "starych" druhów z owych pierwszych dni jeszcze pamiętam: Zenon Czyrek z siostrą Ireną, Iwo Wójcicki, ksiądz Kazimierz Orkusz i Jerzy Beski. Na apel dyrektora gimnazjum, doktora Wojciecha Czerwińskiego, pomagaliśmy przy porządkowaniu szkoły do końca wakacji, a także w czasie pierwszych tygodni nauki. Poznawałem nowych moich kolegów, przyszłych druhów mojej wielkiej harcerskiej przygody. Oficjalnie drużyna im. Zawiszy Czarnego powstała 20 sierpnia 1945 roku przy Państwowym Gimnazjum i Liceum Koedukacyjnym w Koźlu. Odbyła się wtedy pierwsza zbiórka. Tak rozpoczęła się na terenie miasta Koźla działalność Związku Harcerstwa Polskiego. Drużyna, którą wtedy tworzyliśmy, stała się więc zalążkiem przyszłego hufca kozielskiego, jej sztandarową elitarną jednostką, z której wyszły przyszłe kadry instruktorskie i cała działalność kozielskiego harcerstwa.
     Z końcem roku przyjechał do Koźla druh ćwik Witold Spatari, mianowany przez Komendę Chorągwi Śląskiej w Katowicach komendantem naszego hufca. Zamieszkał on przy ulicy Piramowicza ( wraz z matką ) i tam też w jednym z pokojów mieściła się Komenda. Druh Marian Szabunio ( już nie pamiętam jaki miał on wtedy stopień harcerski ) objął drużynę im. Zawiszy Czarnego. W drużynie otrzymałem funkcję zastępowego ("Sępy"), później - od 1946 roku - przybocznego. W zastępie miałem tak wspaniałych druhów i kolegów jak : Waldemar Derej ( późniejszy Prezydent Kędzierzyna - Koźla ), Janek Żołyński, Zbyszek Bobak, Bracia Ryszard i Zygmunt Piątkowscy, Iwo Wójcicki, Adaś Bielnicki, Mirek Zawadzki, Zdzisław Kurdziel ( drużynowy od września 1946 roku ), mojego brata Czesława i innych.
     Do końca kalendarzowego roku obok nauki w szkole cały wolny czas poświęcaliśmy na pracę przy sprzątaniu budynku gimnazjum i jego najbliższego otoczenia, urządzanie hali sportowej i wreszcie na sprawy organizacyjne. Drużyna nasza, ciesząca się u dyrektora wielką estymą, na poranne apele stawała w szkole oddzielnym szykiem. W międzyczasie powstała w szkole żeńska drużyna im. Emilii Plater, z którą też wspólnie zorganizowaliśmy Izbę Harcerską ( listopad 1945 roku ). Z początku nieśmiało, później już ze skałtowskim rozmachem każda nasza akcja w mieście odbywała się z wielką paradą ...
     Kapelanem naszej drużyny im. Zawiszy Czarnego był ksiądz Kazimierz Orkusz. Przezacny człowiek. Był on również naszym szkolnym katechetą, a później także kapelanem kozielskiego hufca. Mieszkał przy ulicy Piastowskiej i z każdą organizacyjną, duchową lub osobistą sprawą mogliśmy w każdej chwili do jego mieszkania pospieszyć.
     W naszej poczciwej "budzie" - pardon : szkole - uczyliśmy się bardzo pilnie chociaż brak było tak zeszytów jak i podręczników, że już nie wspomnę o tzw. pomocach naukowych. Nasi nauczyciele co tylko umieli rzetelnie nam przekazywali, tak samo jak i my chodząc często i głodni i ubrani w to co kto miał. Tym nam też imponowali. Po lekcjach - w 1945 roku często w nie dogrzanych salonach - razem z nami brali za łopaty i porządkowali teren szkoły i otoczenia. Nauczyłem się od nich wiele, a przede wszystkim prawdy, rzetelnej pracy i wiarygodności postępowania ...
     Oddzielnym wspomnieniem w mojej opowieści jest zawsze groźna dla nas postać pana Hajduna, tercjana szkolnego ( dziś nie wiedzieć dlaczego mówi się "woźny" ), który zwykł był mawiać: "ja i dyrektor", "ja i dyrektor postanowiliśmy  . Bardzo dobry, oddany szkole człowiek. Kiedy z czasem przekonał się do nas harcerzy - mam na myśli szczególnie naszą działalność w "Izbie Harcerskiej" w okresie jesieni i zimy - wielokroć w czym tylko mógł to nam pomagał ... "